7-miesięczny Wojtuś płakał w nocy, ojciec skatował go na śmierć. "Obrzęk mózgu, krwiak, pęknięta czaszka"

2026-03-02 10:41

26-letni Robert P. został skazany za skatowanie 7-miesięcznego syna, który przeszkadzał mu w odpoczynku. Do tragedii doszło w Świebodzinie, gdy matka dzieci przebywała w areszcie. Sprawa bulwersuje tym bardziej, że rodzina była pod nadzorem służb, a decyzja o odebraniu dzieci zapadła na długo przed dramatem. Sąd w Zielonej Górze nie miał litości dla sprawcy, choć prokuratura zapowiada walkę o jeszcze wyższy wymiar kary.

Dramat rozegrał się w jednym z mieszkań w Świebodzinie, gdzie 7 marca 2024 roku wezwano służby ratunkowe. Pomoc zaalarmowała babcia siedmiomiesięcznego chłopca, która po wejściu do lokalu zorientowała się, że jej wnuczek nie daje oznak życia. Mimo podjętej przez nią próby reanimacji, na ratunek było już za późno. Przybyli na miejsce medycy natychmiast dostrzegli na ciele Wojtusia niepokojące obrażenia, jednoznacznie sugerujące użycie przemocy. Sytuacja była na tyle klarowna, że do mieszkania błyskawicznie ściągnięto patrol policji.

Śledczy szybko ustalili, że za śmierć chłopca odpowiada jego ojciec, 26-letni Robert P., który został natychmiast aresztowany. Mężczyzna feralnej nocy z 6 na 7 marca opiekował się synem oraz dwuletnią córką Różą. Zaledwie dzień wcześniej niemowlę przeszło badania lekarskie przy okazji szczepienia i było całkowicie zdrowe, bez żadnych śladów pobicia. Prawdopodobnie poszczepienne rozdrażnienie sprawiło, że maluch częściej płakał i wybudzał się ze snu. Wybuchy płaczu doprowadziły ojca do furii, w wyniku której zaczął on z ogromną siłą uderzać dziecko w głowę.

„Sekcja zwłok wykazała, że doszło wtedy do pęknięcia czaszki dziecka” – mówiła prokurator Ewa Antonowicz, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. Biegli stwierdzili, że uraz powstał od trzech lub czterech ciosów w malutką główkę Wojtusia, zadanych najprawdopodobniej otwartą dłonią, ale z bardzo dużą siłą. Innych obrażeń na ciele dziecka nie stwierdzono. To, co spotkało chłopca wystarczyło jednak, by zakończyć jego krótkie życie.

Agresję mężczyzny potęgował fakt, że był w domu sam z dziećmi – ich matka dzień wcześniej, 6 marca, została zatrzymana przez policję za kradzież. Robert P. podczas przesłuchania przyznał wprost, że bił syna, bo był zirytowany przerywaniem mu snu. Opis cierpienia dziecka jest wstrząsający. Chłopiec umierał w męczarniach z pękniętą czaszką i obrzękiem mózgu, wymiotując z bólu, podczas gdy jego ojciec spał obok w najlepsze. Zakrwawione ciało z widocznym krwiakiem znalazła nad ranem babcia.

Akt oskarżenia trafił do Sądu Okręgowego w Zielonej Górze w lutym 2025 roku. Kluczowa dla sprawy była opinia biegłych psychiatrów, którzy ocenili poczytalność sprawcy. Specjaliści orzekli, że Robert P. jest osobą zdrową psychicznie i w pełni świadomą swoich czynów, dlatego mógł odpowiadać karnie za popełnioną zbrodnię.

Patologiczne środowisko w domu Roberta P. i jego partnerki

Proces sądowy ujawnił przerażające realia, w jakich funkcjonowała ta rodzina. Z ustaleń prokuratury wynika, że w domu dominowały alkohol i narkotyki, a opiekunowie byli osobami wielokrotnie karanymi. Matce już wcześniej odbierano dzieci, natomiast ojciec był znany z porywczości potęgowanej przez środki odurzające. Prokurator Ewa Antonowicz wskazywała na problem znieczulicy społecznej. Bliscy oraz sąsiedzi ignorowali sygnały ostrzegawcze, a interwencje policji nie przynosiły skutku, co w konsekwencji doprowadziło do tragedii.

Mimo przyznania się do winy i tłumaczenia agresji brakiem samokontroli, prokuratura nie znalazła dla Roberta P. okoliczności łagodzących. Oskarżyciele domagali się dla niego dożywotniego pozbawienia wolności, uznając go winnym nie tylko zabójstwa, ale także znęcania się nad synem, córką i partnerką. Wniesiono również o pozbawienie oskarżonego praw publicznych na pięć lat oraz o 14-letni zakaz kontaktowania się z ocalałą córką Różą.

„Ten wyrok musi być wyraźnym przesłaniem, że gniew, frustracja, niepanowanie nad sobą, nie mogą usprawiedliwiać przemocy” – mówiła prokurator Ewa Antonowicz. „Zło zaczyna się od krzyku, od uderzenia, od strachu, który staje się codziennością, a kończy się ciszą taką, jaka zapadła tamtej nocy” – dodawała.

Obrona oskarżonego i przerzucanie winy na matkę dzieci

Mecenas Sylwester Babicz, broniący Roberta P., apelował o łagodniejszy wymiar kary, argumentując, że sprawca działał w afekcie i nie miał bezpośredniego zamiaru zabicia dziecka. Obrona podważała również dowody na wcześniejsze znęcanie się nad rodziną. Sam oskarżony przyjął strategię obarczania winą swojej partnerki, 40-letniej Alicji S. Mężczyzna opisywał przed sądem zaniedbania kobiety, twierdząc, że jej pijaństwo i nieobecności w domu doprowadzały go do stanu ciągłego napięcia nerwowego.

„Żałuję tego, co się stało, ale nie padło tutaj to, że partnerka często wybywała na całe noce. Nie padło to, że miałem dwie roboty jednocześnie. Zdarzało się, że wracałem z drugiej pracy, a ona nawet nie wiedziała, gdzie ma córkę. Tak się napiła, że nie pamiętała, gdzie jest Róża, a ona była u jej siostry. Nie padło to, że kilka razy by nam chatę spaliła, bo pijana z dzieckiem w domu zasnęła. To było całe moje życie, ciągle w nerwówce” – wyliczał w sądzie.

Deklaracje skruchy i słowa o tym, że wolałby zginąć zamiast syna, nie przekonały sądu. Ustalono, że Robert P. pił tego dnia alkohol i wykorzystał aresztowanie partnerki, by „mieć spokój”, który zakłócił płacz dziecka. Wcześniej mężczyzna rzucał w dzieci jedzeniem, szarpał je i dawał klapsy. Wymiar sprawiedliwości odrzucił próby usprawiedliwiania agresji zachowaniem matki dzieci, uznając, że oskarżony sam był uzależniony i nie panował nad sobą.

Wyrok w Sądzie Okręgowym w Zielonej Górze zapadł pod koniec stycznia 2026 roku. Sędzia podkreślił, że siła i liczba ciosów zadanych z impetem świadczą o tym, że 26-latek musiał liczyć się ze skutkiem śmiertelnym. Ostatecznie Robert P. został skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo oraz półtora roku za znęcanie się nad rodziną. Łączna kara wyniosła ponad 26 lat pozbawienia wolności, a dodatkowo orzeczono 15-letni zakaz zbliżania się do córki.

Zaniedbania urzędnicze i brak miejsca w pieczy zastępczej

Wyrok nie jest prawomocny, a prokuratura już zapowiedziała apelację, domagając się dożywocia jako kary eliminacyjnej. Zdaniem śledczych, postawa skazanego nie wskazuje na zrozumienie winy. Równolegle badany jest wątek systemowych zaniedbań. Okazało się, że sąd nakazał odebranie dzieci rodzicom pół roku przed zbrodnią, jednak urzędnicy nie znaleźli dla nich miejsca w pieczy zastępczej. Prokuratura w odrębnym postępowaniu sprawdzi, czy pracownicy socjalni i kurator dopełnili swoich obowiązków.

Obecnie Robert P. oczekuje na uprawomocnienie się wyroku, który skazuje go na 26 lat pobytu w zakładzie karnym.