Spis treści
Siódmego marca 2024 roku służby ratunkowe zostały pilnie wezwane do jednego z mieszkań na terenie Świebodzina. Telefon wykonała zaniepokojona babcia siedmiomiesięcznego Wojtusia, która znalazła nieoddychającego wnuka i natychmiast próbowała go reanimować. Niestety wysiłki te nie przyniosły żadnego rezultatu. Przybyli na miejsce medycy mogli jedynie stwierdzić zgon niemowlęcia. Lekarze błyskawicznie odkryli na ciele ofiary ślady, które jednoznacznie wskazywały na zastosowanie brutalnej przemocy fizycznej wobec bezbronnego dziecka. W związku z podejrzanymi obrażeniami medycy natychmiast zawiadomili funkcjonariuszy policji, aby zabezpieczyli miejsce tragedii.
Zatrzymanie Roberta P. po śmierci siedmiomiesięcznego Wojtusia
Śledczy szybko ustalili, że winę za śmierć niemowlęcia ponosi jego ojciec. Organy ścigania natychmiast aresztowały Roberta P., a przesłuchania oraz zeznania babci potwierdziły, że w nocy z szóstego na siódmego marca dwudziestosześciolatek opiekował się dziećmi sam. Zgromadzona dokumentacja medyczna wykazała, że zaledwie dobę przed tragedią chłopiec przeszedł profilaktyczne badania i rutynowe szczepienie w przychodni. Lekarze nie odnotowali wówczas najmniejszych śladów przemocy domowej. Prawdopodobnie to właśnie podana szczepionka wywołała u ofiary podwyższoną drażliwość oraz płacz. Ojciec wpadł w furię, gdy niemowlę kilkukrotnie przerwało mu sen, i zaatakował syna.
„Sekcja zwłok wykazała, że doszło wtedy do pęknięcia czaszki dziecka” – poinformowała rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze prokurator Ewa Antonowicz. Specjaliści medycyny sądowej orzekli, że niemowlę otrzymało z ogromną siłą od trzech do czterech potężnych ciosów w głowę, które sprawca zadał najpewniej otwartą dłonią. Nie odnotowano innych obrażeń, jednak te okazały się dla małego pacjenta całkowicie śmiertelne.
Feralnego wieczoru w mieszkaniu brakowało matki, którą szóstego marca zatrzymano pod zarzutem kradzieży i umieszczono w policyjnej celi. Podczas przesłuchań Robert P. bez skrupułów opisał przebieg wydarzeń, otwarcie przyznając, że uderzał syna z powodu frustracji wywołanej wybudzeniem. Katowany chłopiec konał w niewyobrażalnym bólu, zanim rano do mieszkania weszła jego babcia. Dziecko leżało we krwi obok śpiącego oprawcy. Ofiara miała krwiaka w miejscu oka, obrzęk mózgu i ślady wymiocin spowodowanych potężnym wstrząsem organizmu.
W lutym 2025 roku zielonogórski Sąd Okręgowy otrzymał oficjalny akt oskarżenia przeciwko wyrodnemu ojcu. Biegły lekarz psychiatra przeprowadził niezbędne badania i wydał jednoznaczną opinię o pełnej poczytalności dwudziestosześciolatka. Dokument ten potwierdził, że sprawca doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich czynów i w pełni podlega odpowiedzialności karnej.
Proces karny obnażył przerażające kulisy życia oskarżonego oraz jego partnerki. Prokurator Ewa Antonowicz przedstawiła na sali rozpraw dowody świadczące o tym, że w domu podejrzanego notorycznie spożywano alkohol i zażywano narkotyki w towarzystwie recydywistów. Matce ofiary już w przeszłości odbierano prawa rodzicielskie, z kolei samego ojca opisywano jako jednostkę skrajnie wybuchową i głęboko uzależnioną od substancji odurzających.
„Oni i dwójka małych dzieci. Do tego niemal wszyscy, którzy byli obojętni na ich los. Dziadkowie, którzy usprawiedliwiali sprawcę. Instytucje, które miały chronić, a zabrakło im woli. Sąsiedzi, którzy słyszeli i milczeli. Policja, która przyjeżdżała i nie zatrzymywała. Nawet tutaj przed sądem każda z tych osób stara się, choć trochę, usprawiedliwić oskarżonego. Dobrze wiemy, że to próba oczyszczenia własnego sumienia, bo wiedzieli, ale nic nie zrobili” – podsumowała w swoim wystąpieniu prokurator Ewa Antonowicz, piętnując całkowitą znieczulicę otoczenia wobec dramatu dzieci.
Proces Roberta P. Prokuratura żądała dożywocia za śmierć Wojtusia
Oskarżony nie zaprzeczał zarzutom i tłumaczył się nagłym atakiem niekontrolowanego gniewu, co nie przekonało organów ścigania. Prokuratura zawnioskowała o wymierzenie dwudziestosześciolatkowi najwyższej możliwej kary dożywotniego pozbawienia wolności, oskarżając go nie tylko o zbrodnię zabójstwa, ale również o systematyczne dręczenie partnerki i obojga dzieci. Śledczy domagali się ponadto pozbawienia sprawcy praw publicznych na okres pięciu lat oraz wprowadzenia czternastoletniego zakazu jakichkolwiek kontaktów ze starszą córką Różą.
„Ten wyrok musi być wyraźnym przesłaniem, że gniew, frustracja, niepanowanie nad sobą, nie mogą usprawiedliwiać przemocy. Zło zaczyna się od krzyku, od uderzenia, od strachu, który staje się codziennością, a kończy się ciszą taką, jaka zapadła tamtej nocy” – argumentowała na sali sądowej prokurator Ewa Antonowicz.
Zupełnie inną linię obrony przyjął adwokat oskarżonego, mecenas Sylwester Babicz. Prawnik wnioskował o łagodniejszy wymiar kary, przekonując, że jego klient działał jedynie w zamiarze ewentualnym i pod wpływem gigantycznych emocji, bez bezpośredniej intencji pozbawienia syna życia. Obrońca podkreślał też brak żelaznych dowodów na wcześniejsze znęcanie się nad bliskimi, żądając uniewinnienia od tego konkretnego zarzutu. Podobną argumentację prezentował sam Robert P., który przed obliczem sądu skupił się na krytykowaniu starszej o kilkanaście lat partnerki i zrzucaniu na nią winy za fatalną sytuację w domu.
„Żałuję tego, co się stało, ale nie padło tutaj to, że partnerka często wybywała na całe noce. Nie padło to, że miałem dwie roboty jednocześnie. Zdarzało się, że wracałem z drugiej pracy, a ona nawet nie wiedziała, gdzie ma córkę. Tak się napiła, że nie pamiętała, gdzie jest Róża, a ona była u jej siostry. Nie padło to, że kilka razy by nam chatę spaliła, bo pijana z dzieckiem w domu zasnęła. To było całe moje życie, ciągle w nerwówce” – relacjonował oskarżony w trakcie składania wyjaśnień.
Mężczyzna deklarował głęboką skruchę i twierdził, że z chęcią oddałby własne życie za zmarłego syna, gdyby było to możliwe. Sprawca wyraził również nadzieję na skuteczniejsze interwencje kuratorów w podobnych sprawach w przyszłości.
Argumenty te nie zrobiły żadnego wrażenia na składzie orzekającym, który uznał winę sprawcy za bezsporną. Sędziowie przypomnieli, że dwudziestosześciolatek odurzał się tamtego dnia alkoholem i potraktował zatrzymanie partnerki jako okazję do odpoczynku. Wyszło na jaw, że oskarżony już wcześniej uciekał się do agresji wobec najmłodszych, szarpiąc je, uderzając i rzucając w nie posiłkami. Ciągłe obwinianie przez niego równie uzależnionej matki dzieci nie stanowiło w oczach wymiaru sprawiedliwości jakiejkolwiek okoliczności łagodzącej.
Surowy wyrok dla Roberta P. Mężczyzna spędzi w więzieniu 26 lat
Decyzja zielonogórskiego Sądu Okręgowego zapadła pod koniec stycznia 2026 roku. Prowadzący sprawę sędzia jasno wskazał, że oskarżony musiał przewidywać śmiertelne skutki swojej napaści. „Świadczy o tym siła i liczba uderzeń zadanych przez oskarżonego. Należy podkreślić, że w opinii biegłych określono je jako zadawane ze znaczną siłą i energią, a nawet impetem” – argumentował przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości, podkreślając brutalność ataku na bezbronne niemowlę. Ostatecznie wymierzono karę dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności za morderstwo oraz dodatkowego roku i sześciu miesięcy za znęcanie się nad bliskimi. Łączny wyrok przekroczył zatem dwadzieścia sześć lat izolacji więziennej, a wyrodny ojciec otrzymał piętnastoletni zakaz zbliżania się do ocalałej córki Róży.
Początkowo orzeczenie nie było prawomocne, co skłoniło prokuraturę do zapowiedzi złożenia apelacji z żądaniem dożywocia. „Taka kara jest orzekana wtedy, kiedy nie widzimy okoliczności, które wskazywałyby na to, że osoba skazana rozumie swój czyn i chce się zmienić. Tutaj wszystkie te działania oskarżonego w toku toczącego się procesu, jak i również po ogłoszeniu wyroku, wskazują, że on w dalszym ciągu nie rozumie, co dokładnie się stało. Tak naprawdę nadal obwinia pokrzywdzonych za swoje zachowanie” – oświadczyła prokurator Ewa Antonowicz, uzasadniając wniosek o eliminację społeczną sprawcy.
Organy ścigania zaplanowały też odrębne śledztwo w sprawie rażących zaniedbań instytucjonalnych. Okazało się, że podczas toczącego się postępowania o odebranie władzy rodzicielskiej sąd wydał nakaz tymczasowego przeniesienia maluchów do pieczy zastępczej. Urzędnicy przez sześć miesięcy nie potrafili zorganizować bezpiecznego lokum, pozostawiając rodzeństwo w patologicznym środowisku, mimo wizyt pracowników socjalnych i kuratora. Prokuratura szczegółowo sprawdzi teraz ewentualną odpowiedzialność karną pracowników odpowiednich służb.
W czerwcu 2026 roku poznański Sąd Apelacyjny wydał prawomocne orzeczenie w tej bulwersującej sprawie. Sędziowie całkowicie podtrzymali wcześniejszą decyzję i skazali Roberta P. na dwadzieścia sześć lat więzienia za brutalne odebranie życia siedmiomiesięcznemu synowi oraz znęcanie się nad rodziną.